Pan jest moim pasterzem – Rumunia, góry Fogaraskie

Psalm 23

Pan jest moim pasterzem

Cel: Rumunia, góry Fogaraskie, wysokość podobna do naszych Tatr, bardziej dzikie, rozległe, czystsze, spokojniejsze. Wyzwanie, odpoczynek, przygoda!

Pan jest moim pasterzem

Ale czy to Ty, Boże, zabrałeś mnie na swoje pastwiska, czy to ja jako knąbrna owca powiedziałam: jadę na wakacje, a Ty jak zawsze mnie nie zostawiłeś?

Pan jest moim pasterzem.

W Fogaraszach pasą się stada owiec. Bardzo wysoko i jest to bardzo dziwne zjawisko. Te owieczki o krótkich, cieniutkich nóżkach są niezwykle zwinne, pomykają jak małe pershingi. Według mnie w stadzie może być z 200, 300 owiec, może więcej. Zdarzają się też owce nietypowe, o większych nogach i krótszej sierści – osły. Stada pilnują psy, zwykle od kilku do kilkunastu. Moja zmora rumuńska. Duże, dzikie, zbyt szybko się przemieszczające i zbyt złowrogo nastawione. Owce brykają po swojemu. Osły, jak to osły, nie przejmują się niczym, a psy pasterskie biegają w sporej odległości od stada, nawet do kilometra i pilnują by żadna owca się nie odłączyła ani żadne niebezpieczeństwo nie zaatakowało. Gdy znajdą nową owcę, np. w postaci turysty z plecakiem, robią wszystko, by przyłączyła się ona do stada. Szczekają, warczą, próbują zagonić zagubioną owieczkę do reszty… Nad tą całą bandą czuwają pasterze. Dwóch do takiego stada. Siądą sobie na zielonym pastwisku i można się zastanawiać, kto tu kogo pasie. Leżą, podziwiają widoczki, niczym się nie przejmują. Sytuacja się zmienia, gdy coś idzie nie po myśli pasterza. Wtedy dopiero okazuje się, kto tu dowodzi.

Pewnego dnia takie stado stanęło na naszej drodze. Nie mieliśmy jak go obejść, trzeba było schodzić wprost w paszczę lwa. Nasze stado czeroosobowe nijak się miało do tego stada, które było przed nami. Nie było też szans, żebyśmy zostali niezauważeni. Jedyna moja nadzieja była w dwóch pasterzach, którzy jak gdyby nigdy nic siedzieli sobie na trawie tyłem do nas. Jeden się obrócił, popatrzył, na co psy szczekają, po czym dalej wrócił do kontemplowania przyrody. Psy ujadały dalej, my powoli schodziliśmy w dół. Chłopaki przodem, my za nimi z myślą, że lepiej nie zostać samej na polu boju. Schodziliśmy. Psy coraz bardziej szczekały. Moja prędkość była coraz mniejsza, w głowie obrazy jak to zaraz nas dopadną, rozszarpią, szybkie obliczenia, ile ich jest, ile jest nas, ich siła do naszej siły. Dwa kijki trekkingowe w rękach, plecak na plecach i co można zrobić? Szliśmy dalej. W końcu pasterz wstał. Zaczął coś krzyczeć do psów. Niektóre przywołane podeszły do niego, położyły się, inne nie ruszały się z miejsca, szczekały dalej. Podszedł w naszą stronę i w stronę tych psów. Stanął w swoim autorytecie i psy, choć dalej szczekające nie były już takim zagrożeniem. Przeszliśmy obok. Tylko kiwnęliśmy ręką w podzięce i poszliśmy czym prędzej w swoją stronę. Już się nie obracałam, ale myślę, że ledwo ich minęliśmy, a pasterz usiadł z powrotem, psy latały dalej po swojemu, a owce nawet nie zauważyły żadnego zagrożenia.

Nie brak mi niczego. 

Ponad 20kg na plecach wystarczy by przeżyć (przynajmniej tydzień w rumuńskim buszu). Po mojemu. Bezpiecznie. Żeby niczego mi nie zabrakło. Ja się przygotuję, ja będę zabezpieczona na każdą ewentualność, ja sobie poradzę, ja o wszystkim pomyślę. Ja.

Był las. Iglasty, wysoki, trochę skał, trochę porostów. Nic szczególnego. Nie było kwiatów, nie było niczego ciekawego. W pewnym momencie czuję ukucie w łydkę. Patrzę: pszczoła. Myślę: super. Lekarstwo: brak. Spuchnie, nie spuchnie, będą problemy, nie będzie? Noga do amputacji czy niekoniecznie? Nawet wapna nie miałam. Poszłam dalej. Nie spuchło. Noga ocalała.

Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. 

To lubię. Pozwalam sobie, Pan Bóg też mi pozwala, więc nic tylko leżeć i odpoczywać! Tu nie dyskutuję. Przez chwilę z knąbrnej owieczki zamieniam się w potulną. Podziwiam widoki, piękno stworzenia, ciszę, spokój… Z błogim uśmiechem na twarzy. Namiastka raju.

Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć: 

Prowadzi mnie. Choć ja ciągle wyrywam się na prowadzenie. On mnie uczy, że w tym duecie nie jest dobrze, bym dyktowała warunki, tylko bym jemu zaufała, żebym siebie powierzyła. Uczy też zostawiania siebie, swoich oczekiwań. Nie muszę myć się codziennie, nie potrzebuję mieć pełnej szafy ubrań. Ten wyjazd był lekcją dla mnie, że wystarczy mniej. On wie lepiej, czego mi trzeba i  co jest jeszcze do przepracowania. Ważne jest, żeby mieć co zjeść i co wypić, flejtuchem też nie jest dobrze być, ale czasami woda, gdzie można odpocząć, może być trzeciego dnia i to wystarczy. Nie muszę przeczytać tysięcy książek, wystarczy tylko ta Jedna, najważniejsza, nie muszę wszystkiego wiedzieć, nie muszę być przygotowana na każdą ewentualność. On wie lepiej czego mi potrzeba. Wodę zapewni. Choć czasem trzeciego dnia.

orzeźwia moją duszę. 

W czasie takiej wyprawy przychodzą też ciężkie momenty. Cztery osoby, które na co dzień niewiele mają ze sobą wspólnego, łączą na chwilę swoje drogi i podążają jedną ścieżką, górskim szlakiem. Całe dnie spędzają razem, z własnego wyboru stają przed sytuacją kryzysową, jaką jest wyprawa w nieznane góry z namiotami i idą. Jego obecność, Jego słowo, modlitwa, pieśń w Jego stronę prostuje, prowadzi, daje wytchnienie, pokój i pozwala zobaczyć wszystko z innej perspektywy. Jego perspektywy.

Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię. 

Idąc po górach najwłaściwszą wydaje się droga oznakowana – szlak. Na nim można czuć się bezpiecznie, mniej więcej oszacować, gdzie się jest, dokąd i kiedy się dojdzie. Gorzej gdy na takim szlaku pojawia się zmora. Psy. Tym razem bez stada i w mniejszej ilości, niezmiennie nie nastawione przyjaźnie. W takim przypadku można wylądować w lesie. Bez szlaku. Są dwie opcje: można wrócić w stronę ujadających psów, gdzie się zgubiło szlak albo poszukać go w bezpiecznej odległości. Wybraliśmy opcję nr 2, tylko szlaku nie znaleźliśmy.

Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną. 

Przygoda musi być! Szliśmy lasem w dół. Szukając szlaku lub punktu zaczepienia. Dotarliśmy do strumienia. Strumień jak to strumień, był mokry, śliski i mało wygodny do chodzenia, a na dodatek obrośnięty chaszczami. Po obu brzegach były strome zbocza, ale postanowiliśmy iść wzdłuż niego (małe uściślenie: nasza ekipa czteroosobowa składała się z dwóch ogarniętych przewodników stada płci męskiej i dwóch owco-osłowych poszukiwaczek przygód tudzież miejsca do zrobienia prania, które nie garnęły się do podejmowania decyzji). Byliśmy w lesie, godzina nie była już poranna, a przed nami przynajmniej kilkukilometrowa droga w nieznane. Jedynym pocieszeniem było to, że wody nam nie zabraknie. Przedzieraliśmy się przez las niczym rekruci w szkole przetrwania. W butach mokro, wszędzie błoto i ciągle nieustannie 20kg na plecach. W tamtym momencie dwie nogi i dwa kijki już nie wystarczały. Momentami wyglądało jakbyśmy zjeżdżali na sankach w zimie, tylko bez sanek i śniegu. Było ekstremalnie. Ale czy bałam się w tamtym momencie? Gdzieś z tyłu głowy kołatała się myśl, że las rumuński zamieszkują całe rzesze niedźwiedzi, ale w środku miałam jakiś taki pokój, który nie był ode mnie. Udało nam się dobrnąć do ścieżki po kilku kilometrach, potem ostatkiem sił dotarliśmy do szlaku. Wychodząc już prawie z lasu po prawej stronie za strumieniem zobaczyłam, że coś rusza się w krzakach. Pomyślałam: sarenka. Ledwo rzuciłam okiem, a tu niedźwiedź… Uciekał przed nami.

Twój kij i Twoja laska
są tym, co mnie pociesza.
 

Nasz Pasterz szedł z nami. Odpędzał wszystkie niebezpieczeństwa. Dawał pokój w sercu. Tak namacalnie czułam Jego obecność. Opiekę. Wydawało mi się, że nasze stado przygodne było czteroosobowe. Niewielkie. Łatwe do zgubienia, stracenia w tej dziczy rumuńskiej. Tak było tylko pozornie. W rzeczywistości owce były cztery, Pasterz Jeden w Trzech Osobach i jeszcze całe stado psów, które nas pilnowały. My, brykające owce, myśleliśmy, że idziemy, gdzie chcemy. Czasem trzeba było zmienić drogę, coś ominąć, realnie oszacować swoje szanse, więc aktualizowaliśmy plan i hasaliśmy dalej przed siebie. Jednak nasi aniołowie byli z nami. Ta ekipa pokazała klasę. Nieraz zdarzyło mi się stanąć niestabilnym kamieniu lub przeliczyć swoje siły, nie zważając na to, że mam po 20kg na plecach, piąć się stromym zboczem. To Oni niczym te psy pasterskie pilnowali, by nic nam się nie stało, byśmy nie upadli, byśmy ostatkiem sił dotarli do miejsca, gdzie można rozbić obozowisko. Wróciliśmy cali i ze wszystkimi zębami.

Stół dla mnie zastawiasz
wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem;
mój kielich jest przeobfity. 

Tydzień przeżyliśmy w dziczy. Z własnym prowiantem, z wodą ze strumieni. Jedzenie liofilizowane, dużo owsianki, orzechów, bakalii… Nie było na co narzekać. Głodna nie chodziłam, energię do dalszych wojaży miałam. Przyszła niedziela. W poszukiwaniu kościoła wróciliśmy do cywilizacji. Dotarliśmy do cerkwi prawosławnej. Niestety było już po liturgii. Czekała nas inna niespodzianka. Ksiądz zaprosił nas do siebie, do stołu. Czerwone, dojrzałe, pachnące pomidory, świeży chleb, ryba wędzona, sery, jajka, zupa, nalewka, wino… Po tygodniu z własnym, suchym prowiantem taka uczta. Dzień święty uświęcony.

Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim
po najdłuższe czasy. 

Wróciłam. Z dziczy rumuńskiej do dziczy wrocławskiej. Nie wiem, która gorsza, w której czyha więcej niebezpieczeństw. Wróciłam inna. Mówią, że góry uczą, zmieniają. Minął dopiero tydzień. Już Rumunia wydaje się tylko snem. Już myję się codziennie, każdego dnia czyste, świeże ubranie, psy są na smyczach, nie noszę całego dobytku na plecach, sklep za każdym rogiem, ludzi jakoś tak dużo na około i łóżko jest wygodne. Trochę tak dziwnie płasko. I zmartwienia są jakieś inne. Stado też się zmieniło. Jestem ja. Jedna knąbrna owca, bardziej podobna do tych owiec z krótszą sierścią, dłuższymi nogami i z większym uporem, jest mój Pasterz w Trzech Osobach i psy pasterskie, które mnie zaganiają na odpowiednie drogi. Pomykam sobie wrocławskimi ulicami, starając się pamiętać, że jestem owcą. Nie pasterzem, nie psem. Owcą. Nie muszę znać drogi, nie muszę mieć wszystkiego pod kontrolą. Oni mnie strzegą, strzegą mojej drogi i wiedzą, którędy najlepiej iść. Niczego mi nie brak.


Pan jest moim pasterzem.​

Justyna B.

Kategorie / tagi

Poprzedni i następny

W jakich warunkach najłatwiej jest wsłuchać się w siebie?

Podobne wpisy