``O zranieniach``

o. Maksymilian OSPPE
Przez kilka godzin klęczałem przed Panem i prosiłem, Żeby wykrzesał coś z mojego serca. Nie będzie to jakaś naukowa mowa ale na pewno wierzę, że Bóg posługuje się mną i chce coś wam powiedzieć.
Chciałbym dzisiaj nawiązać do takiego tajemniczego tematu, który jest tak głęboki jak ocean. Temat brzmi – zranienia. To bardzo trudny temat, dlatego, że właściwie można by było dużo mówić od strony psychologicznej. Dlaczego dziś jesteś jaki jesteś? Pytanie, które bardzo często zadajesz sobie. Zobaczyłem bardzo wielu ludzi, którzy są zupełnie niepogodzeni ze swoim życiem, zbuntowani na swoją przeszłość i teraźniejszość. Ktoś powiedział, że jeżeli twoja przeszłość jest nieuporządkowana, to twoja teraźniejszość jest pełna bałaganu, niepokoju i grzechu. Na to jaki jesteś dziś, wpływa cała twoja przeszłość. Okazuje się, że zranienia mają wpływ na całe twoje życie, a jest ich miliony.

Oto sytuacja jednego człowieka, który bije swoją żonę, niszczy ją, taką delikatną istotę. Nie wiadomo dlaczego. On, który był super chłopakiem, fajnym narzeczonym, człowiekiem, który zapowiadał się jako dobry mąż. Po kilku latach głębokiej modlitwy okazało się, że był kiedyś zmasakrowany przez swoją matkę. Pobity niesłusznie, zrobiła to z nienawiści. I to małe doświadczenie sześciolatka odbiło się na całym życiu. Znienawidził swoją matkę. Przychodził później na modlitwę o uzdrowienie i powoli Bóg go z tego wyprowadza.

Znam dziewczynę, która nienawidzi swojego ojca, bardzo mocno. Ta nienawiść jest szalona, chociaż on jest dla niej dobry. Naprawdę jest takim prawdziwym tatą, człowiekiem, który się modli, który ją kocha. I szukaliśmy wspólnie światła na jej życie, i okazało się, że być może jedną z przyczyn tej jakiejś ogromnej agresji wobec swojego taty, jest fakt, że była niechcianym dzieckiem. Dziecko z wpadki. On miał wtedy 19 lat, coś w nim popękało, więź miłości jego jako ojca do tego dziecka została przerwana w łonie matki już na początku, w krótkim czasie po poczęciu.

Jest we mnie dużo lęku. Jest we mnie dużo bólu, smutku, rozpaczy. Oto rok temu spotkałem dziewczynę, która ma wspaniałą, świętą matkę. Kobieta całe życie chorowała, więc na jej twarzy ciągle był smutek Ona naprawdę fantastycznie znosiła cierpienie ale nigdy nie okazała swojemu dziecku radości, ponieważ ból czy cierpienie, rzucało się na jej codzienność. I tak jej córka nigdy nie doświadczyła spontanicznej radości i nigdy nie widziała, aby jej mama okazała spontaniczną radość mężowi. I minęły lata, ta dziewczyna dotknęła tajemnicy 30-tu lat i zorientowała się po tylu latach, że ona nie potrafi kochać z radością. Ma problem, bo ma chłopaka, kocha go, jest mu wierna ale nigdy mu tego nie pokazała, nie umie. Nie potrafi zaakceptować swojej pracy, kochać ją z taką radością wewnętrzną. Zobaczcie, wydawałoby się, że taka normalna sytuacja, a jest zranienie.

Oto historia kapłana, który był zraniony przez swojego proboszcza. Gdy był małym dzieckiem raz tylko został niezauważony. Nienawidził kapłanów przez całe swoje życie. Dobrze, że jest zakonnikiem. Bóg go uzdrowił…

Wiem, można byłoby mnożyć przykłady. Moglibyście tutaj tak spokojnie sobie pobyć i do dwunastej opowiadać sobie swoje historie życia. Bo jest we mnie i w was masa zranień. Ja pamiętam swoje serce. Zawsze jak ktoś obdarza sercem mnie jako kapłana to mnie bardzo boli bo ja nie potrafię kochać. I widzę swoją historię życia, widzę jak nienawidziłem dzieci jako neoprezbiter, co jest przecież paradoksem w młodym życiu kapłańskim. Jak uciekałem i bałem się wszystkiego, jak raniłem ludzi i zamykałem się przed braćmi, i niszczyłem ich bardzo. To jest cały dramat Wrocławia, w którym tutaj doświadczałem obecności Pana Boga. Dzisiaj widzę jak dokładnie przez 5 lat seminarium w mojej modlitwie, przecież zakonnika skądinąd świętego, bo tak się nas nazywa, nigdy nie wypowiedziałem słowa dziękuję – nigdy. Miałem przez 5 lat jedną wielką pretensję do Pana Boga. Myślałem, że jestem głupi, że zwariowałem, że tak nie można przecież… Dobrze, że Odnowa zawitała do seminarium bo chyba bym zwariował. Pamiętam pierwszą Mszę jaką sprawowałem na Jana Chrzciciela u nas w parafii, to był dla mnie jeden z największych dramatów w historii mojego kapłaństwa – musiałem podnieść zawsze zaciśnięte pięści i uwielbiać Pana. To było czyste aktorstwo. I wtedy nauczyłem się grać. Do dzisiaj mi to nieźle wychodzi, cały czas się w tym szlifuję. Nie rozumiałem tego i bardzo często ciężko mi było kochać.

Każdy z nas ma swoją historię życia. Jest bardzo głębokim problemem to, że ty nie potrafisz pogodzić się z tym i pokochać siebie, zgodzić się na swoją historię życia. Okazuje się i dobrze o tym wiemy, że jesteśmy podobni do Jezusa właśnie wtedy i tylko wtedy – w naszych zranieniach. Ktoś już kiedyś przeżył twoje życie. Ktoś już kiedyś identycznie cierpiał jak ty. Był On identycznie zraniony. Identycznie. I On przychodzi nam z pomocą, by nam błogosławić. Chrystus przychodzi i jest. Zastanawiam się, właściwie w jaki sposób On nas uzdrawia? To co dzisiaj powiedziałem na początku Eucharystii jest w jakiś sposób na nowo moim odkryciem bo ja wszedłem w jakąś straszną psychologię, w jakieś wyrzucanie sobie, szukanie dziury w całym, ja, moja modlitwa skupiała się jakby bardzo mocno na mnie. Kiedy ja przychodziłem do kaplicy i znowu zacząłem wertować moją przeszłość, i o – znalazłem kolejne zranienie. I tak naprawdę bardzo mało było Boga w takiej modlitwie, bo ja ciągle tylko myślałem o tym, że technicznie przychodziłem jak do lekarza, żeby on mnie uzdrawiał, byłem ciągle skupiony na samym sobie. Może dlatego, że to był ogromny ból, nie chciałem tego, chciałem się tego pozbyć. Ciągle szukałem odpowiedzi, czego Bóg chce ode mnie. Czy rzeczywiście On jest taką maszyną do uzdrawiania? Czy On tego chce?

Jedno jest pewne, to mnie zaskoczyło, usłyszałem kiedyś takie piękne zdanie, które mi bardzo pomogło. Mianowicie, Jezus Chrystus kiedy uzdrawia ciebie ze zranienia, to miłość, którą doświadczasz po zranieniu jest większa i piękniejsza niż gdybyś tego zranienia nie miał(a). Taką moc uzdrawiająca ma miłość Jezusa Chrystusa. Najpiękniejsze jest to, że po zmartwychwstaniu wszyscy ludzie będą piękniejsi niż Adam i Ewa. Będzie w nas jeszcze więcej piękna i dobra. Taką moc ma odkupieńcza miłość Jezusa Chrystusa. Trzy cudowne dni, które odkupiły nas, zbawiły nasze ciało i dusze. To jest wielka tajemnica: będziesz piękniejszy niż gdybyś nie przeszedł przez to piekło. To taka sytuacja jakby ktoś leżał na łóżku chory. Jest po wypadku i nie ma żadnych szans. A Bóg ci pokazuje takiego człowieka, który jest piękniejszy, przystojniejszy, elegancko zbudowany, tak jakby przeszedł odnowę biologiczną. I ty stajesz i widzisz go za dziesięć lat nagle gdzieś tam stojąc obok łóżka, i wariujesz ze szczęścia. On się budzi i widzi ciebie, i pyta: ja umieram? A ty mówisz: jesteś piękny. Stoisz nad umierającym człowiekiem, zachwycasz się nim. I on mówi: co ty mówisz ja umieram, wszystko się we mnie sypie, nic we mnie nie ma dobrego. A ty wpadasz w zachwyt.

Ja myślę, że takim zachwytem obdarza nas Jezus, On tak trafia do serca, by przede wszystkim z Nim być, aby się w Nim zakochać, aby przyjąć Jego miłość, bo chyba Jemu najbardziej na tym zależy. Tylko miłość może uzdrowić Twoje zranienia, nie ma innej możliwości. Tylko miłość zmienia człowieka. Modlitwa nie zmienia człowieka, nie wiem czy wiesz. Miłość zmienia człowieka, twojego męża, twoją żonę, twoich znajomych, przyjaciół, premiera Millera, kogo chcesz. Ale tylko miłość, nie modlitwa. Dlatego zawsze kiedy modlisz się to najpierw Bóg wypełnia twoje serce miłością. Tak naprawdę tą miłością ogarniesz ludzi, którzy są blisko ciebie albo daleko. I dlatego Bóg powiedział kochajcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują. A jeśli nie potrafisz kochać, to Bóg udzieli ci tę miłości na modlitwie. Stąd modlitwa ma potężną moc i zawsze my na tym najlepiej wychodzimy. Bo Bóg najpierw napełnia miłością nasze serca, aż się w końcu będzie przelewało do eksplozji miłości na drugiego człowieka, który może ale nie musi przyjąć tej miłości. Bo on też jest zranionym człowiekiem. Człowiek, który ma historię swojego życia.

Zranienie jest w jakiś sposób twoją naturą i niektórzy są takimi poszukiwaczami metody uzdrowienia swojego serca. Całe życie badasz tylko szukasz, kombinujesz, jesteś kolekcjonerem wszystkich modlitw wstawienniczych. Gdzie tylko wejdziesz szukasz tylko liderów, szukasz tylko dobrych charyzmatyków, kapłanów, którzy mają dar uzdrawiania i oni ciągle nad tobą stoją i bombardują w ciebie wszystkie swoje modlitwy. I ciągle mówisz: dlaczego się jeszcze we mnie nic nie zmieniło, skoro już pobiłem właściwie rekord uzdrawiającej mocy, już powinienem cały świat nawrócić, a we mnie się jeszcze nie zmienia. Może Bóg tego nie chce w taki właśnie sposób. Ponieważ łaska buduje na naturze, tak mówi teologia życia wewnętrznego. A naturą mamy skażoną, zranioną Bogu potrzebne coś z Twojego zranienia. Pamiętam słowa, które powiedział mi jeden z dojrzałych kapłanów: słuchaj stary Pan Bóg nie zabierze ci wszystkiego, będziesz do końca kulawy, zalękniony, nie będziesz do końca dojrzały. I tak całe życie będziesz się telepał ze swoim życiem. To jest Jezusowi potrzebne, nie łudź się i nie proś Go o za wiele. Zostaw to Jemu.

Historia twojego życia, w którą wchodzi Jezus i uzdrawia twoje serce. Ale On nie jest po to by uzdrawiać Twoje serce. Jest po to aby przynieść ci miłość, abyś ty Go pokochał(a). Cały czas chodzi mi po głowie takie zdanie: Panie, Ty nic nie chcesz ode mnie, tylko mnie, ja chcę wszystko od Ciebie, tylko nie Ciebie. I nagle staje przede mną Bóg, który jest żebrakiem miłości i mówi: w tej wspólnocie nikt Mnie nie kocha, tylko wszyscy coś ode Mnie chcą. Rzadko kiedy ktoś Panu Bogu mówi: ja nic nie chcę od Ciebie, nic tylko chcę być z tobą. Bardzo rzadkie przypadki, nawet dzisiaj w czytaniach wbrew temu co mówiłem. Bo Estera rzeczywiście przyszła do Pana i wstawiała się za swoim ludem i prosiła Go o błogosławieństwo. Jezus mówi: proście a otrzymacie. Ale to też jest jakaś taka może droga, proście a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie, kołaczcie a otworzą wam. Jest taka historia ludzi, którzy najpierw przychodzą do Pana Boga i wydaje im się, że Bóg jest właściwie tym, który powinien spełniać nasze prośby bo On kocha. Zaczynasz Go bombardować, dajesz Mu mniej więcej milion próśb na rok, żeby je wypełnił. Modlisz się za znajomych, za siebie, za wydarzenia, które są w świecie, które cię otaczają, w drobnych i małych sprawach. Gdybyśmy to policzyli jest tego tysiące. Ale w pewnym momencie kapniesz się na tym, że 90% Bóg Ci nie daje, bo tak jest, może nawet więcej. Może nawet im bardziej Go prosisz, tym mniej otrzymujesz i jest z tobą coraz gorzej. Często również tak bywa. On ma swoją ekonomię. Zawsze ci daje. Zawsze daje ci więcej niż Go prosisz, tylko nie widzisz tego, bo zły jesteś na Niego, bo nie potrafisz tego odczytać, bo nie masz w sobie Ducha, żeby zobaczyć. I w pewnym momencie przychodzi taki czas kiedy już widzisz, że to i tak nawet gdyby Ci dał to nie zaspokaja twojego pragnienia, że ty chcesz coś więcej niż tylko coś od Pana Boga. Nagle zaczynasz szukać, szukać odpowiedzi na to co jest w tym, że ja modlę się już dwadzieścia lat o tysiące rzeczy i Pan Bóg mi ich nie spełnia, znowu milczy. Znowu jest milczenie Boga w moim życiu, znowu Go nie ma. Zaczynasz szukać odpowiedzi na to pytanie i jednocześnie Pana Boga, i też nie znajdziesz. Aż w tej całej wędrówce dochodzisz do bram raju i wtedy już kołaczesz: – Otwórz mi Jezu. – Co chcesz ode mnie. – Nic. Ciebie. To jest takie niesamowite

Miłość, miłość chyba nic nie chce. Ma w sobie pragnienia. Miłość jest wolna. Miłość się daje. Prawdziwym szczęściem jest dawanie i ja obserwuję i szukam chrześcijan, którzy dają, którzy dają Bogu, którzy nie dają Bogu nic. Padre Pio nigdy nie modlił się dla siebie o nic. Nie rozumiem go, ale on taki był, był uparty. Zawsze dostawał najwięcej, więc może dlatego wiedział, że nie ma o co prosić bo i tak dostanie więcej. Ale rzeczywiście nigdy nie prosił dla siebie o nic. Zakochany człowiek.
Żenisz się z piękną dziewczyną, i nagle ona zaczyna ci wywalać codzienną litanię tego co potrzebuje. Jesteś bardzo bogaty, stać cię na zaspokojenie każdej jej zachcianki ale przychodzi taki czas, kiedy po pół roku otwierasz swoje ręce i mówisz: tu jestem ja, ja twój mąż. – No tak fajnie, że jesteś, fajnie, że cię zobaczyłam, potrzebuję znowu dziesięć baniek.- Ja tu jestem, ja tu stoję. Jest dramat serca oblubieńca, który widzi, że żona go zdradza, że ona jedynie przychodzi po coś do niego. On chce z nią być, ma ochotę zostawić wszystkie pieniądze, rzucić jej pod nogi albo zniszczyć. Może marzy o biedzie ale żeby byli razem, żeby ona mu dawała oznaki swej miłości.

Dlatego świętość to jest taka wielka droga do tego aby tak pozwalać się przemienić przez Pana Boga, że przestaje się Go prosić, żeby dał ci to co chcesz. Bo wierzysz, że Bóg daje ci zawsze to co dobre. Dzisiejsze Słowo, które daje nam Pan: Bóg jest dobry, lepszy skoro my chociaż źli jesteśmy potrafimy dawać dobre rzeczy naszym braciom o ileż bardziej Bóg, który jest samą dobrocią. To jest pierwsze doświadczenie, które potrzebne jest nam. Czasami trwa to czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Doświadczyć, że Bóg jest samą czystą dobrocią, że nigdy cię nie skrzywdzi, że mu zależy na tobie tak bardzo że w każdej sekundzie obdarza ciebie pełnią łask. Nie musisz Go prosić o łaskę, tą łaskę już masz. W każdej sekundzie dostajesz pełnię, wszystko.

Tak jak to powiedziała św. Teresa Wielka: „Jedna komunia święta ma moc zbawić cię natychmiast.”

Tak, czyli my dostajemy wszystko. Jest taka kapitalna sytuacja, kiedy wychodzisz z kościoła i jesteś smutny, czemu? Bo nie masz kasy, bo Jezus Chrystus przyszedł w Komunii św. Ja zobaczyłem, że mnie zawsze bardziej cieszą, nawet jako kapłana, małe podarki niż obecność Jezusa. Zobaczyłem, że jest w moim sercu ogromny problem. Ja nie kocham naszego Pana Jezusa, bo cieszy mnie wszystko, tylko nie On. Idę na modlitwę, no bo trzeba iść. Bardzo rzadko miałem takie chwile, gdy nie mogłem się już doczekać modlitwy. Bardzo rzadko miałem takie chwile, gdy nie mogłem się doczekać Eucharystii. Od dwunastu lat praktycznie codziennie jestem codziennie na Eucharystii. Jedyną mszą, która mnie dziś cieszy i bawi, gdzie odczuwam pewną radość to jest msza dla dzieci, ale też nie do końca, dlatego bo myślę, że byłoby i więcej, może dlatego, że jestem tam w centrum i do końca nie wiadomo kto jest ważniejszy w tej mszy św., czy Maksymilian czy Jezus.

Czy ty tak pragniesz Jezusa, żebyś nic nie chciał(a). Jezus mówi: a jak ci wszystko zabiorę, to będziesz mnie kochać? A jak nie dam ci zdrowia, będziesz mnie kochać? Mamy do Niego dużo żalu i pretensji, że nas nie uzdrawia. Sąsiadka to dostała, a Zośka to dzisiaj już w ogóle czwarty nowotwór, a ja z katarem nie mogę sobie poradzić. Ale czy o to chodzi, żebym ja był kolekcjonerem uzdrowień? Nie. Bogu chyba bardziej chodzi o to, żebyś Go poznał(a). Spójrz na życie Jezusa Chrystusa. Nic Mu w życiu nie wyszło. Nie chciałbym przyrównywać do waszej wspólnoty bo ją macie, a On nie miał. Chrystus nie miał żadnych sukcesów. Pogodził się ze swoim życiem, dlatego potrzebował aż i tylko trzydzieści lat modlitwy. Zobacz ile czasu potrzebował Jezus, żeby się zgodzić na swoje życie. Najpierw doświadczył obecności Boga, dojrzewał w obcowaniu ze swoim Ojcem. Ojciec mu objawiał drogę męki, piekła, która trwała dwa i pół roku czy dwa, czy trzy lata, nieistotne. I On tak się zgodził na tą drogę, że miał zawsze pokój. On nigdy nie narzekał. On wchodził w to tak jakby oczekiwał na odrzucenie. On z radością biegnie do tego żeby być zniszczonym, podeptanym i źle potraktowanym przez ludzi, czy wyzwanym od szatana. To niesamowita scena w Ewangelii – ostatni tydzień, Jezus już wchodzi w ogromne milczenie, już nie naucza, to już jest taki wielki tydzień ciszy, ciszy w życiu Jezusa. Apostołowie nie śmią już Go o nic prosić, już Go nie pytają, już się nie kłócą, już starają się być tacy spokojni. Obserwują Go tylko i widzą, że ten człowiek zamyka się w sobie coraz bardziej, że ten człowiek zaczyna wchodzić w milczenie, że nie wchodzi do miast, że nie mówi już nic. Jedynym wydarzeniem, które się tam dokonuje jest wskrzeszenie Łazarza. Cisza w życiu Jezusa. Przygotowywał się na to wielkie wydarzenie pełen pokoju. Rozpoczyna najdramatyczniejsze trzy dni w swoim życiu ale On już wiedział co Go czeka i zgodził się na to. Bo na modlitwie Bóg Ojciec obdarzył Go ogromną mocą.

Zawsze przeżywam na nowo pierwszą Mszę świętą w historii świata (Łk, 25). Kiedy Chrystus przygotowuje z uczniami tą Eucharystię jest promieniujący szczęściem. To jest niesamowite kiedy On wyraża to pragnienie, że cieszy się. Potem myje im nogi. To jest nieprawdopodobna scena miłości, strasznego upokorzenia Pana Boga. I On to robi z taką miłością, z taką czułością i delikatnością. On się zachwyca tymi nogami i całując te nogi odczuwa głęboką radość. Trudno nam to zrozumieć. Potem mówi, że: to wam powiedziałem aby Moja radość była w was i aby Moja radość była wielka, pełna. I nagle niesamowite rzeczy się dzieją. Po przyjęciu Komunii świętej zaczyna się coś dziwnego dziać z dwunastoma „biskupami”. Najpierw zdradza Go pierwszy „biskup” w historii świata czyli Judasz. Później zaczynają się sprzeczać kto z nich jest największy. Zobaczcie co Komunia święta robi w życiu człowieka. Wręcz przeciwnie wszystko dopiero wyłazi – kim jest kto. I On to obserwuje, i widzi. Czekał na to spotkanie z uczniami trzydzieści lat, na tą pierwszą Eucharystię w historii świata, a oni w ogóle się tym nie interesują. On wie, że za chwilę wszyscy Go zdradzą, że przyjdzie Judasz, który Go pocałuje, że uczniowie uciekną, że Piotr Go zdradzi. Jest przygotowany na to piekło, straszną samotność. My tego nie zrozumiemy. Tylko ci, którzy się modlą sto godzin dziennie, mogą w to wejść, w to doświadczenie, które przeżył Chrystus. Ale w Nim jest pokój, jakaś zgoda na to co ma być. Miał tak słabych uczniów, którzy biją się wręcz w swoich sercach, który z nich będzie może po tej stronie, może po tej. I w tym spokoju tak patrzy na nich i mówi: słuchajcie, mam do was pytanie, kto jest ważniejszy – ten, który siedzi za stołem czy ten, który usługuje. Pewnie, że ten, który siedzi za stołem. Taki stoicki spokój. I oni oczywiście zrozumieli, że przejrzał ich myśli, że pomimo iż nie mówił o tym głośno doskonale był zorientowany. I znowu upokorzeni, i znowu wstyd. I potem ta walka w Ogrójcu, kiedy Jezus jest sam. Zmaga się na modlitwie, żeby Bóg dał Mu łaskę zgody na Jego życie.

Dlaczego nie możesz zgodzić się na swoje życie? Bo jest w twoim życiu za mało modlitwy. Za mało jest modlitwy pomiędzy tobą a Jezusem, nic więcej. Masz problem ze swoim mężem? Potrzeba tak mało albo tylko jednego. Jesteś zraniony przez swojego ojca? Potrzeba tak mało albo tylko jednego. Jesteś pełen lęku, niepokoju? Potrzeba tak mało albo tylko jednego. Wierzcie mi bracia, że ogromną moc ma modlitwa w ciszy, adoracja, trwanie przed Panem. Po co? Jeśli zechce, to ci objawi. Trwasz i nie prosisz Go, nie wyliczasz Mu w tym momencie litanii twoich potrzeb. Musi być taki czas w twoim życiu, w którym patrzysz i siedzisz, i słuchasz. Jeśli Go zagadasz, to nic ci Bóg nie powie. Tu potrzeba milczenia.

„Owocem ciszy jest modlitwa” – mówi Matka Teresa z Kalkuty – „Owocem modlitwy jest wiara. Owocem wiary jest miłość. Owocem miłości jest służba.”

Zobaczysz jak wszystko się zmieni w twym życiu, kiedy staniesz i Bóg ci da odpowiedź na twoje problemy życia. Dostaniesz odpowiedź, bo będziesz miał(a) w sobie Jego Ducha i tym Duchem zobaczysz swoje życie inaczej. Zobaczysz, że twoje zranienia są Jemu potrzebne, może tobie nie, bo ty byś chciał(a) być zupełnie inny(a), chciał(a) byś być idealny(a). Ale On ci powie, że Jemu naprawdę w życiu niewiele wyszło. Czym Jezus Chrystus zbawił świat? Tym, co Mu nie wyszło: cierpieniem, bólem, odrzuceniem, samotnością. Czym ty możesz zbawić świat? Sukcesami, charyzmatami, a może tym, że dzisiaj przyjdziesz i dostaniesz burę w domu, że znowu za długo. Może tym właśnie zbawisz świat, że znowu ci wypadła piąta szklanka z ręki podczas mycia naczyń. Jest to niesamowita, piękna rzecz.

Pamiętam Faustynę, która nie prosiła o wielkie dary, ale dziergała sobie serwetkę na stół. To była taka Boża wariatka. Kobiety są po prostu tak oryginalne, że nas mężczyzn chyba nie stać na to, nawet wobec Pana Boga. No i ona tak patrzy w pewnym momencie na krzyż i mówi: Jezu, ja tak tutaj robię serwetkę a tutaj coś dla dusz trzeba robić. I mówi: słuchaj, jedno oczko za jedną duszę, nie ma problemu jeszcze mi zostało troszeczkę. I tak uśmiechnęła się do krzyża i w pewnym momencie przyszedł Pan Jezus i mówi: słuchaj Faustyno, przeginasz. Nie wolno tak. Słuchaj, to nie tak, ja tak nie chcę. I tłumaczy się. I zobaczcie, to jest niesamowite, że Bóg przychodzi do kobiety, do swojej oblubienicy i potrafi błagać ją, żeby zmieniła swoją decyzję. To jest niesamowite jak Bóg jest wrażliwy na kobiety, na łzy kobiety, w ogóle na jej zachowanie, na kochające serce.

Pamiętam scenę z Marią i Martą. Kiedy Łazarz umiera przychodzi Marta i mówi: uzdrów mi brata. Jezus jakoś nic nie robi, nie wskrzesza Łazarza, więc Marta widzi, że tu chyba nic nie wskóra, że tu tylko Maria może zadziałać. Więc biegnie do Marii i zaczyna jej kłamać – mówi: słuchaj, Pan cię wzywa. Więc Maria biegnie. Oczywiście kłamstwo, Jezus w ogóle jej nie wzywał. No i Maria tak staje, patrzy Mu w oczy i mówi: musisz go uzdrowić. Miłość zwyciężyła, Jezus „pękł” zupełnie, jest bardzo czuły na kobiece łzy, widzi płaczącą Marię, nie wytrzymuje i Łazarz zostaje wskrzeszony. Być może właśnie dlatego, że to powiedziała Maria. I ta później scena Zmartwychwstania zupełnie w innym kontekście, kiedy Bóg przychodzi na ziemię, ukazuje się Marii Magdalenie a ona chwyta Go za nogi prawdopodobnie i Jezus mówi: proszę cię puść mnie. On ją prosi. Jezus ją prosi: puść mnie. To znaczy, że gdyby ona powiedziała nie, to by został. Ma kosmiczne plany wobec świata, chce ogłosić światu, że jest Zmartwychwstałym Bogiem, który zbawia wszystkich. A tu kobieta tak mocno potrafi zatrzymać na ziemi, że On ją wręcz delikatnie prosi.

No i Jezus mówi do Faustyny: słuchaj, to tak nie może być, musisz to zmienić. Ona mówi: nie, jestem uparta i tak ma być. Bo Ty powiedziałeś, proście o cokolwiek chcecie i w ogóle, w imię Moje – spełnię. Jezus tak patrzy i mówi, już nie wytrzymuje: zgoda, niech ci tak będzie. Tak, że to jest wielka tajemnica. I to potwierdza mała Teresa, która powiedziała kiedyś, że jeżeli szpilkę podniesiesz z podłogi, z miłości do Jezusa, możesz zbawić najbardziej zatwardziałego grzesznika. Taką moc ma ofiara.
Stąd potrzebna nam jest chyba mocna rewolucja naszych reakcji chemicznych, żebyśmy zobaczyli co w nas jest. Jaki ty jesteś bogaty. Ile twoich zranień może zbawić świat. Bo my byśmy już pewnie zrobili masę rzeczy gdybyśmy naprawdę zobaczyli Pana Boga w naszym życiu głęboko i zobaczyli co w nas jest. Bo często jest tak, że jestem nie wiadomo gdzie, i w Odnowie, i w Neokatechumenacie, i w kapłaństwie i ciągle mówię: jeszcze nie czas abym zaczął, nie. Jeszcze nie czas, bo jeszcze nie mam tego, tego, tego. Ten i ten ma to. Każdy ma dar uzdrawiania i dar języków, takich jeszcze jakiś gadżetów i coś tam jeszcze. Co ja mam zrobić teraz. No to w końcu niektórzy są sfrustrowani i mówią, to już odchodzę ze wspólnoty, ja nie mam nic. Wyobraź sobie Jezusa, który się teraz przebiera i wchodzi do waszej wspólnoty. Ciągle mówisz: Jezu mógłbyś chociaż raz coś powiedzieć. Na drugi dzień: Jezu jakiś charyzmat mógłbyś sobie wymodlić. Jezu, coś tam. Jezu, coś tam. A On mówi: Ja tylko kocham Boga, Ja się na tym nie znam. Może byłoby tak. On byłby tak skromny i pokorny, że byłby pewnie niezauważony. My byśmy się tutaj przekrzykiwali, kto z nas jest największy w tej wspólnocie Michała Archanioła, a Jezus by powiedział: na pewno ty, a nie, nie, ty i tak On by właściwie się cieszył waszą radością. Może byłoby tak.

Zranienia. Coś ukryte jest w zranieniach, ponieważ Jezus to odkupił, wziął na siebie całe piękno twojego życia i odkupił je. Tysiąc lat temu stałeś się (czy stałaś) piękny(a), nieskalany(a) przed obliczem Boga. Jezus widzi cię zupełnie innym. Ty nie jesteś takim jakim jesteś, to nie jesteś ty. On cię widzi zupełnie innym. Bóg się tobą zachwyca. Widzi cię w niebie przechadzającą się ze św. Teresą i Matką Bożą. Jesteś piękny(a), jesteś inny(a), zupełnie. I Bóg chce ci objawiać Siebie i jednocześnie stwarzać w tobie obraz prawdziwej ciebie, tylko, że nie w tej zewnętrznej formie. Nam ciągle, jeszcze raz powtarzam, wydaje się, że jeśli będziemy fizycznie perfekcyjni, duchowo i psychicznie będzie wszystko OK. A tutaj chodzi o ten poziom serca, poziom, w którym działa Bóg, poziom, którego w ogóle nie znamy, bardzo nisko, najgłębiej serca. My sobie tego nie uświadamiamy, gdzie jest Bóg w naszych sercach. Nie jest na naszym poziomie, jest głębiej, właśnie tam w zranieniach, w krzyżu. Krzyż jest słodkim morzem miłości, jak mówi jedna z pieśni. Tam ukryta jest miłość naszego Oblubieńca. Dlatego wydaje się, że okres Wielkiego Postu, to jest okres, w którym Bóg zaprasza ciebie i mnie do tego abyśmy przede wszystkim trwali. Przynosili Mu tą naszą mękę, nasze zranienia, nasz krzyż i właściwie tylko Mu to dawali.

Są tacy ludzie, którzy Go kochają, którzy za Nim tęsknią, którzy nie stawiają Mu warunków, nie mają do Niego pretensji, którzy nie gniewają się na Niego, którzy chcą by cicho Bóg ich kochał. Chcą cierpieć dla Niego. Niech On będzie błogosławiony za to, że dzisiaj nas zaprosił. On chce twego serca, nawet gdyby twe serce było w ukrytej podświadomości próśb, On to przyjmie. Ale da tobie to, co dobre dla ciebie, tak jest napisane w dzisiejszej Ewangelii. Da to co dobre tym, którzy go proszą. Dlatego Bóg zawsze daje. Jeśli ktoś ma Ducha Jezusa Chrystusa, to zobaczy w tym łaskę. Zranienie czy odrzucenie, czy samotność, czy choroba też jest łaską. Bo Bóg z tymi, którzy Go miłują współdziała we wszystkim. W każdej sekundzie dostajesz najpiękniejszą rzecz na świecie – Jego łaskę. W tej łasce jest wszystko ukryte. Ci, którzy mają Ducha Bożego żyją w ciągłym uwielbieniu, ich życie staje się piękne, pełne pokoju bo nie boją się śmierci, upokorzenia, samotności. Bo widzą w tym Boga, nie tylko doświadczają w tym Pana Boga. Prośmy zatem Go aby pozwalał doświadczać nam Jego miłości. Aby każdy patrzył na nas i zastanawiał się: co oni w sobie mają, są upokorzeni, nie kochani, odrzuceni, nie mają salki, nie kochani są przez kapłanów i coraz bardziej kochają, są promieniujący pokojem. W domach jeszcze większe problemy. Wszędzie są jak gdyby odrzuceni jak Chrystus we Wrocławiu. W nich jest coś, jakiś dziwny duch. Myślę, że to jest najpiękniejsze. Takim bym chciał być. Jakoś tak o tym marzę, nie wiem czy można tak marzyć. Co ze mnie wyrośnie, nie wiem. Z was też nie wiem. Ale niech Bóg będzie błogosławiony. Amen.

o. Maksymilian OSPPE (katecheza 13.03.2003r.)
opracowanie: Danka

Kategorie / tagi

Poprzedni i następny

Boże Narodzenie

Dar proroctwa

Podobne wpisy