Fundament wiary nr 3: Wlewanie Ducha Świętego

No dobrze: dotarło do mnie fundamentalne Chrystusowe przekazanie miłości (ba, nawet zdaje mi się, że je rozumiem aczkolwiek jest bardzo trudne do realizacji w codziennym życiu) oraz drugie fundamentalne przykazanie całkowitego poddania się woli Bożej (tu ciągle zachodzę w głowe jak to robić w praktyce).

Ale „dotarło do mnie” to znaczy właściwie gdzie ? Do rozumu – zapewne tak. Ale czy weszły one do serca ? Czy do duszy ? Tu miałem (nadal mam ?) poważne wątpliwości, i jak na zawołanie z pomocą przyszły rozważania piątego, szóstego i siódmego tygodnia Seminarium (o Duchu Świętym).

Kropla po kropli
Otwarcie nie tylko umysłu, ale przede wszystkim serca i duszy na Boga, na Chrystusową naukę, wymaga całkowitej wewnętrznej przemiany człowieka – i jakaż to ulga dowiedzieć się, że nie zostajemy z tym karkołomnym (dla wielu) zadaniem sami, lecz otrzymujemy od Boga potężne wsparcie: Ducha Świętego, którego pomoc jest niezbędna, by UWIERZYĆ.

Kolejne nauki z tych dwóch tygodni Seminarium mocno przemówiły do mnie:

– Duch Święty daje komu chce, co chce, kiedy chce i jak chce (cóż za wspaniała lekcja pokory, ale zarazem i nadziei !);

– trzeba o Niego prosić i być na Niego nieustannie otwartym (chociaż On może przyjść i bez tego, jak Chrystus do Szawła, to lepiej jest żarliwie i nieustannie prosić);

– On może działać w człowieku cicho i cierpliwie, wlewać się doń kropla po kropli (czasem przez wiele lat !) i oczyszczać duszę z narosłych brudów, jednak trzeba po pierwsze nie przeszkadzać (przecież to jak z medycyną – po pierwsze nie szkodzić w leczeniu siebie samego…);

– On daje nie dla dobra obdarowanego, lecz dla wspólnego dobra jego bliźnich (znów nauka pokory – szczególnie ważna dla ludzi przywróconych do wiary, których stan szczególnego uniesienia, jakie temu procesowi towarzyszy, może łatwo doprowadzić do „łakomstwa duchowego”, a wtedy już bardzo łatwo zapomnieć o tym, że cokolwiek dobrego dzieje się w człowieku jest nie na jego chwałę ani dla jego korzyści, lecz dla Boga – że ta wspaniała poprawa stanu umysłu, serca i duszy to bardzo miły, ale jednak uboczny efekt czegoś o wiele ważniejszego (1));

– Jego darów nie wolno zmarnować, co np. dla mnie oznacza, że teraz muszę usilnie pracować nad tym, by je dobrze w sobie rozpoznać (wszak nie można być dobrym narzędziem w Bożym ręku, jeżeli z uporem maniaka będzie się próbować robić coś, pozornie nawet wielce dobrego, ale wbrew Jego woli i zamysłom);

– przyjęcie tych darów, otwarcie się na nie – to jest właśnie ten prawdziwy chrzest, o którym mówił Chrystus;

– jednak wszelkie Jego dary niczego nie dadzą, jeśli w człowieku brak miłości (dary mogą być cząstkowe i przeminąć, tylko miłość wtedy pozostanie – znów ta MIŁOŚĆ…).

Ile jest tych darów ? Sześć, siedem, a może o wiele więcej ? To chyba nie ma wielkiego znaczenia. Dla mnie osobiście najważniejszy jest nie żaden z tych wprost wymienionych przez Izajasza czy św. Pawła, ale ten, który pozwala mi zrozumieć, że NAPRAWDĘ jestem dzieckiem Boga, że mogę, wręcz powinienem zwracać się do Niego słowem „Abba” (tak też zacząłem się modlić wskutek tego Seminarium – nigdy w życiu wcześniej tak się nie modliłem !).

A skutek tego był m.in. taki, że podczas wspólnotowej modlitwy wstawienniczej Duch Święty ściął mnie z nóg, i pewnie bym tak sobie długo leżał pogrążony w Bożej światłości, gdyby mi wstawiennicy nie przeszkodzili podnosząc mnie i robiąc miejsce dla następnych ☺


1. O tej przemianie, a przynajmniej o jej zewnętrznych przejawach, jasno pisze św. Paweł w Gal 5, 22-23 („owocem jest miłość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie”). Coś mocno nie tak jest z tym światem, jeżeli na ludzi tak postępujących patrzy się jak na dziwaków…

Kategorie / tagi

Poprzedni i następny

Refleksje praktyczne

Fundament wiary nr 2: Bezgraniczne oddanie

Podobne wpisy