Fundament wiary nr 2: Bezgraniczne oddanie

Efektem pierwszych trzech tygodni Seminarium w moim przypadku było ostateczne uwierzenie w istnienie Boga oraz pojęcie (mam nadzieję) fundamentu wiary, jakim jest przykazanie miłości. Zapewne dla wielu z Was to nic wielkiego, ale dla kogoś w mojej sytuacji było to wydarzenie fundamentalne, tak wstrząsające, że po raz pierwszy od trzydziestu lat pojednałem się z Bogiem, a emocje temu towarzyszące były tak wielkie, że kolejnego dnia poszedłem do spowiedzi drugi raz: po prostu po odejściu od konfesjonału za pierwszym razem nie byłem w stanie przypomnieć sobie, czy w ogóle mówiłem z sensem i po kolei.

Z duszą lżejszą jakieś 147 razy kończyłem trzeci tydzień seminarium, kończyłem w ten sposób, że z całą mocą dotarła do mnie ogromna skala trudności, jaką dla naszej ludzkiej natury stawia przykazanie miłości (czemu poświęcone są wcześniejsze rozważania o Fundamencie wiary nr 1: Miłości).

Ledwo zdołałem powiedzieć Bogu i sobie, że mężnie postaram się wziąć ten ciężar na siebie i chcę się z nim zmierzyć, gdy skutkiem czwartego tygodnia Seminarium ta góra, którą zobaczyłem przed oczami, urosła razy dwa: oto okazuje się, że Bóg wymaga od nas bezgranicznego oddania!

Dotarło to do mnie ostatniego dnia czwartego tygodnia Seminarium: tego tygodnia, w którym przez sześć pierwszych dni nasz seminaryjny „podręcznik” karmił mnie dobrze znanymi (czyżby ?) prawdami o tym, że Jezus był zarazem człowiekiem i Bogiem, że jest jedyną drogą przez życie i jego celem. Oto tego siódmego dnia, za sprawą Mateusza (1), dotarło do mnie, że kochać Jezusa to kochać Go bardziej nawet niż rodziców czy dzieci, że kochać Go to dźwigać swój osobisty krzyż przez życie, że kochać Go to przestać koncentrować się na sprawach materialnych, ale starać naśladować Go we wszystkim, ze wszystkimi tego poważnymi konsekwencjami.

Zatem nie wystarczy najdoskonalsza nawet miłość do bliźnich – konieczne jest pożegnanie się ze złudzeniem kontroli nad własnym życiem, wypuszczenie steru swego życia z rąk i całkowite (znów: BEZGRANICZNE, jak miłość) zaufanie Bogu.

Jak się nad tym chwilę zastanowić, jest to głęboko logiczna konsekwencja przykazania miłości: przecież oznacza ono ni mniej ni więcej tylko postawienie siebie na ostatnim miejscu, podczas gdy próba kontrolowania własnego życia (albo, co gorsza, cudzego), to kwintesencja stawiania siebie na miejscu pierwszym.

Zrozumienie powyższego drugiego fundamentu wiary mocno mną wstrząsnęło: o ile bowiem w przypadku przykazania pierwszego (miłości), chociaż nie żyłem dotąd zgodnie z nim, to przynajmniej starałem się nie żyć w oczywistej z nim sprzeczności (typowa postawa wielu „dobrych” ludzi: starać się nikomu nie szkodzić) (2), o tyle w przypadku drugiego fundamentu wiary moje dotychczasowe życie było sprzeczne z nim w sposób ewidentny. Tak się bowiem składa, że życie to, w tym moja kariera zawodowa, wręcz codziennie polegały na zmaganiach o kontrolę nad przebiegiem wydarzeń dotyczących mnie i mojego najbliższego otoczenia (w rodzinie, w pracy itd.). Przez wszystkie te lata zmagania owe co raz bardziej mnie wyniszczały wewnętrznie, co jest / było najzupełniej zgodne z NAUKĄ psychologii: poczucie braku pełnej kontroli nad wydarzeniami jest chyba najpowszechniejszym, najczęstszym  źródłem stresu w życiu człowieka, który prowadzi do depresji (3).

Tak, tym co doprowadziło mnie onegdaj na skraj przepaści był brak wiary, ale drogą, którą tam doszedłem była wbita w głowę mantra by „panować nad własnym (i cudzym) życiem” (4). Sam ją sobie w głowę wbiłem (nie bez udziału świata zewnętrznego), Bogu dziękuję, że mi ją z głowy wybił: krok po kroku, rok po roku, spokojnie (no, może nie zawsze) i konsekwentnie.


1. Mt 8, 19-22, Mt 10, 37-39, Mt 16, 24-25.
2. To oczywiście JEST dobre, ale jak już wiem ze zrozumienia istoty pierwszego fundamentu wiary – przykazania miłości – to jest dopiero pierwszy krok.
3. Kto chociaż raz stał w korku na autostradzie, a nie miał pod ręką Pisma Świętego, ale chociaż podręcznika z takiego Seminarium (☺) dobrze wie, o co mi chodzi.
4.  Znów te współczesne mass media: byle gazetę człowiek otworzy czy telewizor włączy, a tam zaraz wyskoczy jakiś „człowiek sukcesu”, albo chociaż psycholog czy inny „trener rozwoju osobistego” i dalejże prawić o tym, jak żyć – tylko, że jeden ton zawsze w tych rozważaniach dominuje: „ja, ja, ja”, „bądź sobą, wyraź siebie”, „najważniejsze, żebyś TY się czuł dobrze”, „to TWOJE życie”, „wolność bez ograniczeń” itd. itp. Jak w tych warunkach nie zwariować ? Tylko dzięki wierze ☺

Kategorie / tagi

Poprzedni i następny

Fundament wiary nr 3: Wlewanie Ducha Świętego

Fundament wiary nr 1: Miłość

Podobne wpisy