Bystra Podhalańska. Rekolekcje wspólnoty Michael. Środa – dzień „restowy”.

Większa część uczestników jedzie do Zakopanego na Krzeptówki do sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej. Nieliczni zostają w ośrodku. Męska część ekipy – czyli ja z Michałem postanawiamy zdobyć Babią Górę w warunkach zimowy (trzeci z mężczyzn – ks. Jerzy – wybiera narty). Wstajemy wcześnie i łapiemy busa do Makowa. Tam po krótkim oczekiwaniu kolejnego do Zawoja – Markowa. Końcowa stacja busików to właściwie wejście na szlak zielony wiodący przez schronisko na szczyt.

Do schroniska podchodzimy dobrym tempem po fajnym ubitym śniegu. Właściwie zero trudności. W schronisku krótki odpoczynek, kanapka i herbata z termosu. Ruszamy wyżej. Spotykamy schodzącego chłopaka, który mówi, że warunki są trudne i mocno wieje. Zauważamy, że porusza się w rakach. Po kolejnym podejściu, gdzie nogi troszkę się ślizgały postanawiamy pójść w jego ślady i również uzbrajamy nasze nogi w raki, celem zwiększenia przyczepności. Na przełęczy Brona dopada nas wiatr. W skutek jego działalności miejscami idziemy po śliskim śniegu, miejscami wręcz po lodzie, a w niektórych miejscach zapadamy się w puchu do pół łydki. Przy drzewach widzimy powstałe zaspy nawet do pół uda, ale omijamy takie miejsca. Im wyżej tym większy wiatr i coraz większa mgła. W końcu dochodzi do tego, że nie widzimy się na odległości 20 kroków, więc troszkę równamy tempo by być w zasięgu swego wzroku. Wiatr wieje tak, że można robić Jacksonowy moonwalk bez żadnych sztuczek :). W końcu zdobywamy szczyt. Tempo bardzo dobre, bo pomimo zimy jesteśmy troszkę szybciej niż zakładają czasy letnie. Za kamiennym murkiem chowamy się od wiatru i zjadamy kanapki. Wiatr na moment przegania chmury i widzimy stok na którym śmiga ksiądz na nartach (księdza rzecz jasna nie widzimy – za daleko) a w oddali schowane w chmurach Tatry (u stóp których w Zakopanem „reszta naszych”). Także obserwowaliśmy wszystkich z wysoka 🙂 Krótka chwila przyjemności i zarządzamy odwrót. Na szczycie jest z nami dwóch chłopaków, którzy jak myślałem też weszli w duecie. Jednak okazało się, że to dwaj soliści. Gdy my pstrykaliśmy ostatnie pamiątkowe zdjęcia na tle słupka oznaczającego szczyt, jeden z nich wrócił na szczyt. Specjalnie się tym nie przejęliśmy i zaczęliśmy schodzić z góry. W pewnym momencie dogania nas. My troszkę na czuja schodzimy we mgle. On pędzi na nas. Pytam czy wie którędy na dół. W odpowiedzi słyszę, że tak pewnie szliśmy, że miał nadzieję, że my wiemy. Następuje chwila konsternacji. Daję znać chłopakom, że trzeba rozciągnąć się w tyralierę – tak żeby się widzieć i razem schodzić na dół, że na pewno niedługo zobaczymy szlakowskazy. Po paru chwilach nasz towarzysz gdzieś odchodzi i zostawia nas. Najpierw podchodzimy troszkę w stronę szczytu, potem zastanawiamy się nad trawersowaniem, tak by odnaleźć szlak. Nagle Michał mówi, że spróbuje ustalić nasze położenie na GPS-ie. I w tym momencie mam olśnienie. Przecież na dole uruchomiłem swój zegarek sportowy z opcją zapisywania trasy. Wystarczy teraz tylko uruchomić program TrackBack i jak po sznurku poprowadzi nas w dół. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy i już po paru chwilach trafiliśmy na swoje ślady wiodące do góry. Droga w dół przebiegała bez żadnych zakłóceń. Krótki popas przy schronisku. Zejście do Zawoi. Problemem był brak transportu, ale jakoś w końcu się udało. 4km z buta. Bus do Makowa. I telefon z prośbą do Gosi by nas ewakuowała, bo busików już nie był. W ośrodku obiadokolacja, Msza Święta i powrót do normalnego rytmu rekolekcyjnego.

Wieczorem naszła mnie pewna refleksja, takie duchowe podsumowanie wypadu. Babia Góra nosi też inną nazwę – Diablak. Udało nam się wejść i zejść bezpiecznie – czyli pokonaliśmy górę. Pokonaliśmy „diabła”. Choć próbował nam wiatrem i mgłą pokrzyżować plany. Jednego człowieka pokonał – mam nadzieję, że Mu się nic nie stało i wrócił cało na dół. Ale tak patrząc jak znika nam we mgle, tak mi się to później skojarzyło. No i to, że gdy sami byliśmy skołowani mgłą nie byliśmy w stanie mu pomóc. Tak jak i w sytuacji własnego grzechu, trudno ratować bliźniego. I pomysł z zegarkiem jako taka nagła myśl od Ducha Świętego. A droga, która na zegarku wyglądała jak sznureczek w tych duchowych refleksjach jawiła mi się jako różaniec – tylko koralików brak było… 🙂

Kategorie / tagi

Poprzedni i następny

Pan jest moim pasterzem – Rumunia, góry Fogaraskie

Podobne wpisy